Login

Register

Login

Register

19.04.2021 Poniedziałek

„Wrocławski Niezbędnik Kulturalny”: O drukarni, co w trzy dni książkę stworzyła

Jest takie miejsce na Nadodrzu, w którym niemożliwe staje się możliwe – w Drukarni przy Otwartej 12 w jeden weekend z niczego powstała książka. Jej twórcami są kilkuosobowe zespoły studentów: autor(ka), redaktor(ka), typograf(ka), ilustrator(ka), spod których rąk wyszły „Nadodrzańskie bajki”. O tym prawdziwym Storygeddonie opowiada nam Maciej Zarański, pod którego czujnym okiem materializuje się owo wyzwanie wydawnicze.

fot. Michał Olewicz

fot. Michał Olewicz

Artykuł dostępny również w formacie PDF
Przeczytasz w 6 minut

Czy trzy dni to wystarczająca ilość czasu na powstanie książki?

Myślę, że tak – wystarczą dobre chęci, odpowiednia organizacja i podejście „można to zrobić”. Oczywiście osoby, które zdają sobie sprawę ze złożoności procesu wydawniczego, mogą temu zaprzeczyć i kwestionować moje podejście, ale Storygeddon nie jest zwyczajnym procesem. Jak sama nazwa wskazuje, jest on nacechowany dużym wysiłkiem i emocjami, które w tym przypadku są skondensowane w trzydniowym wyścigu. Dla ekipy organizującej wydarzenie nawet dłuższym, bo trwającym aż do zakończenia wydruku pierwszej partii składek, zszyciu ich i sklejeniu z okładką, która – również w ramach weekendu – drukowana jest tradycyjną metodą przy użyciu ruchomych, zabytkowych czcionek. Publikację w całości tworzymy na sprzęcie, który stoi w Drukarni, a więc w większości starszym od uczestników, co jest dla mnie osobiście wyzwaniem drukarsko-introligatorskim. Maszyny lubią mieć fochy, a to uruchamia wysokie obroty naszej kreatywności.

Dlaczego wybrał Pan akurat taką formę promocji self-publishingu?

Wrocław w obszarze literatury jest postrzegany przez pryzmat nazwisk wielkich autorów takich jak przykładowo Marek Krajewski czy Olga Tokarczuk. Z obiema tymi postaciami miałem przyjemność się poznać i z nadzieją czekam na obiecaną wizytę w moich skromnych progach. Ja jestem self-publisherem. Debiutowałem w 2017 roku thrillerem „Powrót Sowy” i wydaje mi się, że znam przekrój problemów, z którymi spotykają się autorzy próbujący wydać swoje działa. Dlatego w Fundacji Klub Innowatora, dla której Drukarnia przy ulicy Otwartej 12 jest fundamentem działań, staram się stworzyć – na miarę sił i środków – warunki promocyjne i rozwojowe dla autorów, ilustratorów, redaktorów i typografów, którzy są częścią procesu wydawniczego. W tym przypadku self-publishingu.

Storygeddon, w czasie którego jednocześnie pracuje kilkanaście grup złożonych z przedstawicieli tych czterech dziedzin, to wyzwanie. Daje możliwość sprawdzenia się i w efekcie uzyskania swojej pierwszej książki. Nabrania wiatru w żagle. Proszę mi wierzyć – w całej tej historii nie ma nic przyjemniejszego niż zobaczenie radości w oczach i uśmiechu wychodzącego poza maseczkę, kiedy uczestnik odbiera swój autorski egzemplarz. Mam nadzieję, że dzięki takiemu podejściu udaje mi się rozpalić nie tylko ambicje do dalszej pracy. Każde z opowiadań opatrzone jest fiszką informującą o roli poszczególnych osób biorących udział w tym wyścigu, każdy więc bierze pełną odpowiedzialność za swoją część pracy. Jest to dobry punkt wyjścia do rozpoczęcia dalszej pracy nad swoim warsztatem.

Kto wybiera temat i dlaczego tym razem były to nadodrzańskie bajki?

Jestem to ja i sam także staję ramię w ramię z autorami – zgodnie z harmonogramem zaczynam pisać swoje opowiadanie w piątek, mimo że temat znam trochę wcześniej niż inni uczestnicy (ale nawał obowiązków organizatora skutecznie wyrównuje pozorny dystans). W tym roku do ostatniej chwili wahałem się pomiędzy romansem, kryminałem a komedią. Stwierdziłem jednak, że w tej edycji warto byłoby zrobić coś dla dzieci. Sam jestem ojcem i widzę, jak ciężko dzieciom dostosować się do warunków pandemii. Postanowiłem więc, że stworzymy wyjątkową książkę, która pozwoli im choć na chwilę oderwać się od rzeczywistości. A bajki są nadodrzańskie, ponieważ Storygeddon traktuję również w kategoriach promocji wrocławskiego Nadodrza. Miejsca, które przyjęło mnie naprawdę dobrze, więc to taki mój wkład w próbę stworzenia z tej dzielnicy miejsca artystyczno-rzemieślniczego. W Drukarni udaje mi się szczęśliwie połączyć te dwie dziedziny.

Czym ta odsłona Storygeddonu różniła  się spośród wcześniejszej edycji?

Do drugiej edycji zgłosiło się siedemnastu autorów (w pierwszej było ich dziewięciu), z czego po ogłoszeniu tematu zostało tylko czternastu. Mieliśmy o wiele mniej ilustratorów, redaktorów i typografów, ale część z nich szczęśliwie przyjęła pracę w kilku zespołach. Dzięki temu skończyliśmy publikację zawierającą czternaście wyjątkowych bajek, których akcja rozgrywa się na Nadodrzu. To rekordowa do tej pory ilość, która przysporzyła nam wiele nieoczekiwanych zwrotów akcji, zwłaszcza w końcowym procesie. Ze względu na wyjątkowego odbiorcę zmieniliśmy format książki z kieszonkowego do A5, a rozmiar kroju pisma powiększyliśmy do 12, a czasami 14 punktów po to, by nie tylko dzieci nie miały problemu z czytaniem, ale również rodzice czy dziadkowie mogli odczytać tekst nawet bez okularów. Zamieszczone ilustracje pozwalają na własną inwencję twórczą i mam nadzieję, że dzieciaki wyżyją się i pokolorują strony według swojego uznania. Ale to nie koniec wciągnięcia najmłodszych do współtworzenia książki: nie dość, że mogą zaprojektować swoją okładkę (tak jak już zrobiła to moja córka), to jeszcze mogą stać się jednym z autorów. Ostatnia, piętnasta bajka to puste strony (z miejscem na tytuł i nazwisko autora), które mogą być wypełnione zupełnie nową historią, napisaną przez debiutujących, nieletnich self-publisherów w zaciszu domowym.

Co okazuje się największym wyzwaniem dla zespołów projektowych? Czy członkowie się wcześniej znają?

Zdecydowanie jest to czas i komunikacja. Członkowie zespołów nie znają się wcześniej (chyba że zgłoszą chęć współpracy ze swoimi znajomymi, którzy również wypełnili ankietę). W podstawowej wersji Storygeddonu uczestnicy mieli poznawać się osobiście w czasie zorganizowanego spotkania. Niestety obostrzenia pandemiczne pozbawiły nas bezpośredniego kontaktu, ale i z tym sobie radzimy. Szczerze mówiąc to właśnie ze względu na pandemię postanowiłem pokazać, że nawet w tak ciężkich warunkach można stworzyć książkę. Obecnie jest tyle narzędzi do komunikacji, że uczestnicy dobierają je sobie według własnych kryteriów. Mimo to komunikacja jest najważniejsza. Przygotowujemy „instrukcję obsługi”, w której będziemy akcentować poszczególne procesy, ale stawiam na własną inicjatywę uczestników. Nie chcę robić typowego tutorialu – to trochę mija się z celem. Chcę, żeby w trakcie procesu uczestnicy sami poszukiwali rozwiązań i sięgali głęboko do wnętrza swojego potencjału. To pewnego rodzaju boot camp, w którym trzeba aktywnie poszukiwać rozwiązań. Nie znaczy to, że uczestnicy Storygeddonu są pozostawieni sami sobie – wspieramy ich, odpowiadając na pytania zadawane drogą mailową oraz specjalnie dla nich stworzyliśmy hotline. Dodatkowo w tym roku praktykanci relacjonowali na żywo proces tworzenia książki.

A skąd – według Pana – tak duże zainteresowanie tego typu projektem wśród studentów? Czy tylko oni są uczestnikami Storygeddonu?

Pierwsza edycja skierowana była do uczelni, z których przyjmuję najwięcej praktykantów, czyli Uniwersytetu Wrocławskiego i SWPS. Nie ukrywam, że ścisła współpraca z wykładowcami pozwala na zmniejszenie ryzyka „ucieczki” przed wyzwaniem. Druga edycja miała bardziej otwarty charakter. Nabór był ogólnopolski, stąd też prawdopodobnie utrata trójki autorów, ale i pozyskanie jednej, która swoją historię tworzyła, będąc… w Islandii. Brak wstępnej selekcji może wydawać się ryzykowny. Oczywiście wszyscy chcemy, aby finalny produkt był jak najlepszy, ale to w różnorodności podejść do tematu tkwi siła Storygeddonu. Chcę, żeby gotowa książka, którą czytelnik bierze do ręki, była jak znana sentencja z filmu „Forrest Gump”, którą można by sparafrazować: „Storygeddon jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, na co trafisz”.

Do trzeciej edycji w blokach czeka już kilkadziesiąt osób, co z jednej strony bardzo mi schlebia, z drugiej zaś pozwala mi poczuć organizacyjną adrenalinę na długo przed ogłoszeniem naboru i stawia zupełnie nowe wyzwania. Staram się, aby każde następne wydanie było nową próbą sił dla wszystkich, a jednocześnie wnosiło nowe rozwiązania wydawnicze. Innowacyjne. Zgodnie z nazwą fundacji, która innowacje postrzega jako połączenie tradycji i nowoczesności.

Rozmawiała: Magdalena Klich-Kozłowska

Cały numer „Niezbędnika” do pobrania TUTAJ. 

Tagi:

Niezbędnik

- Czytaj także

p:37591